|
Mam
36 lat, jestem nauczycielka, mam trójkę dzieci, mieszkam we Francji. W
maju 2006 zostałam ukąszona przez kleszcza, podczas spaceru w
pobliskim lesie. Do tego momentu nie miałam żadnych problemów ze
zdrowiem. Kleszcza
żywiłam trzy dni - to była nimfa, niewidoczna gołym okiem. Zauważyłam
ją dopiero gdy się opiła krwią. Bardzo
szybko wystąpił rumień - czerwona plamka po ugryzieniu zaczęła się
rozlewać i swędzieć. Po dwóch tygodniach od ugryzienia zaczęłam się
źle czuć - grypowo, ale bez gorączki. Poszłam do lekarza, który stwierdził
wiosenna infekcje, pomimo rumienia i ukąszenia przez kleszcza. Dostałam
syrop na gardło. Kilka
dni później, pojechałam na ostry dyżur - miałam straszne
dreszcze, było mi bardzo zimno, nie miałam siły podnieść się z łóżka.
Moje
nogi były jak sparaliżowane. Na
ostrym dyżurze stwierdzono boreliozę i przepisano dwa tygodnie
antybiotyku - amoksycyliny, 3 g dziennie. Na
moją prośbę przepisano mi też test na przeciwciała
- ale na brucelozę.... Po
dwóch tygodniach antybiotyku, lekarz przedłużył mi jeszcze o tydzień
amoksycylinę, bo czułam się nadal źle. Mój
lekarz przyznaje się, że nigdy boreliozy nie spotkał ( ma
specjalizacje chorób tropikalnych i infekcyjnych). Przy mnie wyciąga
stare podręczniki....W międzyczasie trafiłam na francuskie forum o
boreliozie i powoli zaczynałam rozumieć, co się dzieje i na co choruję.
Przynosiłam lekarzowi artykuły po angielsku, których on nie czytał,
ale przyjmował za każdym razem. Mój
lekarz wysłał mnie do pobliskiego szpitala, do zakaźnika. Trafiłam
na wielkiego profesora, szefa oddziału, totalnie pijanego, który bełkotliwie
mi wytłumaczył, że jeżeli nie mogę wstać z łóżka, to dlatego,
że jestem nauczycielką, a te są znane z lenistwa, że każdy lubi poleżeć
w łóżku i poodpoczywać i że jestem zdrową osobą. Nie usłyszał
moich skarg na sztywna szyję, bóle głowy, niemożność utrzymania
moczu, problemy z wysławianiem się, zmęczenie nie do opisania, wrażenie
życia w innym świecie, odrealnienie totalne.... Po
tym spotkaniu byłam jeszcze u kilku lekarzy, którzy po kolei wmawiali
mi zmęczenie rokiem szkolnym, nerwowość i nerwicę, zakwasy, migrenę.... W
tym czasie zrobiłam badanie metodą Western Blott, które wyszło
pozytywne w klasie IgM i pokazało obecność bakterii Borrelia gariiini.
Mój
lekarz, tym razem już przerażony moim stanem - nie mogłam się utrzymać
na nogach ( pokładałam się u niego w gabinecie), niskie ciśnienie,
morfologia coraz gorsza ( spadek brutalny białych krwinek), bóle zrobiły
się coraz trudniejsze do spędzenia środkami przeciwbólowymi... miałam
problemy z prowadzeniem samochodu, z myciem naczyń, wyjęciem prania z
pralki. Z
forum dowiedziałam się, że istnieje oddział w jednym z
podparyskich szpitali gdzie leczą boreliozę. Mój
lekarz zadzwonił na tamten oddział, przez telefon dostałam
doxycykline 200 mg i amoksycyline 4g. Brałam więc ten zestaw,
ale czułam się coraz gorzej, czułam dziwne mrowienia, ciarki w
nogach. 20 czerwca zapadła decyzja przyjęcia mnie na oddział. Jeszcze
mogłam sama dojechać na oddział, byłam w dość dobrym nastroju, bo
wierzyłam, że niedługo będę zdrowa. Punkcja
wykazała wysoki poziom białka w płynie rdzeniowo-mózgowym. Tego
samego dnia diagnoza zostaje postawiona: neuroborelioza. Zostałam podłączona
do kroplówki z rocephiną, 2 g. Czułam
się lepiej przez pierwsze dwa dni kroplówki, potem nastąpiło załamanie...
Wpadłam w jakiś dół bez dna, spadałam i robiło się strasznie. Ciśnienie
spadało, przestawałam widzieć, przestawałam słyszeć, ból głowy
stawał się nie do wytrzymania. Nawet ruch gałek ocznych był
strasznym bólem. Wszystko zaczynało się we mnie trząść. Trzęsło się
wszystko, łącznie z mózgiem. Miałam wrażenie strasznej gorączki, a
temperatura utrzymywała się miedzy 34.5 i 35 stopni. Mózg
mi puchnął , wypychał oczy, nos, wypełniał uszy. Ciśnienie w
czaszce było olbrzymie. Miałam wrażenie, że opony mózgowe szorują
o czaszkę. Mięśnie
były jak z waty, ale bardzo bolesne, zawroty głowy nie do
opisania. Świat się kręcił i zapadał pomimo tego, że leżałam na łóżku
z zamkniętymi oczami. Nie utrzymywałam zupełnie moczu. Nudności
sprawiały, że nie mogłam pić ani jeść - podłączona zostałam
więc do kroplówek. Serce
zwalniało i przyspieszało, jak szalone. Lekarze
biegali wokół mnie. Nie
rozumiałam co się ze mną dzieje, byłam święcie przekonana, że
umieram. Przez noc
przydzielili mi pielęgniarza, który przy mnie siedział bez przerwy.
Umierałam.... Następnego dnia nie było lepiej, ale nadal żyłam. Przychodziły do pokoju tabuny lekarzy, łzy mi płynęły strumieniami, nie mogłam wyrazić słowami mojego stanu. Zostałam
na oddziale dwa tygodnie i na moja prośbę wypuszczono mnie do domu. Wróciłam
z protokołem " szpital w domu" - nadal miałam kroplówki
rocephiny i doxycyklinę doustnie, pielęgniarka przyjeżdżała dwa
razy w ciągu dnia, miałam komórkę z numerem pielęgniarki i lekarza,
w razie problemów. Byłam
nadal bardzo słaba, w zasadzie nie wstawałam, wszystko mnie bolało, szczególnie
głowa. Kark
nadal był sztywny, nie miałam siły. Ten stan utrzymywał się
do września. Rożne objawy pojawiały się i znikały, jeden się
utrzymywał się bez chwili wytchnienia - ból głowy i totalne
odrealnienie. Po
kroplówkach przeszłam na amoksycylinę 4 g dziennie i doxy 200 mg
dziennie. Lekarz
szpitalny postanowił, że zakończy leczenie... Na szczęście pojechał
na urlop i moja teczkę przejął ( tzn. ja bardzo się o to starałam, rożnych
forteli używałam....) profesor,
który mnie prowadzi do dzisiaj. Na
początku sierpnia dowiedziałam się, że mój syn też jest chory. Trafiłam
na forum polskie. Tu
dowiedziałam się o leczeniu boreliozy. Mój lekarz jest otwarty, nauczył
się wiele o boreliozie i w porozumieniu z lekarzem szpitalnym zwiększył
dawki. Brałam
6g amoksycyliny i 400 mg doxy. Mój
stan był stacjonarny. Powoli zaczynałam odzyskiwać niektóre funkcje,
gdy inne problemy dopiero się ujawniały. Bolało
mnie serce i miałam wrażenie zapadania się w sobie. Kardiolog
zdiagnozował pierwsze zapalenie worka osierdziowego serca. Woda
zebrała się wokół mięśnia serca. Musiałam brać duże dawki
aspiryny. Bóle powoli przechodziły, ale co jakiś czas wracały. Nie
widziałam żadnego efektu leczenia... Bóle
z układu nerwowego były straszne, bez chwili wytchnienia w ciągu
dnia, nie reagowały na żadne proszki przeciwbólowe. Po
przetestowaniu dzieci dowiedziałam się, że młodsza córka też była
zarażona boreliozą. Zaczęłam więc leczyć syna i córkę. We
wrześniu dostałam nowe leczenie - klarytromycynę 1g dziennie,
plaquenil i amoksycylinę. Dostałam strasznego herxa - znowu
umieranie... Lekarz zmniejszył dawki, powoli mój stan się polepszał,
dawka została zwiększona. Objawy się nasiliły, ale nie już nie
umierałam. Bardzo powoli mój stan się polepszał. Miałam
więcej siły. Nadal bardzo bolała mnie głowa, miałam wędrujące bóle,
okresy osłabienia potwornego. Białe
krwinki znowu mi spadły. Odstawiam plaquenil. Białe krwinki bardzo
powoli podchodziły do góry, ale nadal było ich za mało. W
grudniu skończyłam leczenie dzieci. W
grudniu, lekarz postanowił leczyć mnie na babesję - malarię północy.
Jest podejrzenie, że kleszcz przekazał mi też tego pierwotniaka.
Leczenie zaczęłam artemisininą - bóle głowy stały się nie do
zniesienia, otępienie, osowiałość... przerwałam kurację... Od
stycznia przeszłam na lariam. Zaczynałam od bardzo małych dawek, żeby
uniknąć silnych reakcji. Po pierwszych maleńkich dawkach ( dzieliłam
proszek na 8!) objawy stały się straszne. Znowu przyszło umieranie. Głowa
odpływała, obojętność na świat wokół... nie mogłam się porozumieć
z rodziną, nie słyszałam, nie mogłam wypowiedzieć zdania. Po
każdej dawce lariamu, ten stan umierania był bardzo silny ale skracał
się w czasie. Po trzech miesiącach doszłam do właściwej dawki. W
styczniu-lutym znowu wielki dołek - zapalenie worka osierdziowego i paraliż
przepony, wraz z zapaleniem nerwu przepony. Ból był potworny, traciłam
przytomność z bólu. Na
szczęście powoli wszystko wracało do normy. Przeszłam
w międzyczasie na doxy 400 mg i amoksycylinę 6g. Do tego brałam w
pulsach, już od kilku miesięcy tinidazol, który ma rozbijać cysty
bakteryjne. Mam
dużo szczęścia w tej chorobie: pozytywne testy ( I to jeszcze jak
pozytywne!), rumień uwieczniony na zdjęciu, pozytywną punkcje kręgosłupa,
świetnego lekarza zakaźnika, lekarza domowego, który jest dobrym człowiekiem,
żadnych problemów z układu pokarmowego pomimo dużych ilości antybiotyków,
żadnych problemów z grzybicą. Dzięki
chorobie poznałam też wspaniałych ludzi. Mam szczęście też, bo mam
wspaniałą rodzinę i cudownych przyjaciół. Jestem
dzięki nim wszystkim silna i się nie poddaję. W
czasie ostatniej wizyty, lekarz odstawił mi amoksycyline. Bardzo szybko
problemy neurologiczne wróciły w pięknej krasie. Szybko wiec wróciliśmy
do poprzedniej recepty: doxy 400 mg lub tetracyklina 1500, amoksycylina
6g, lariam 1 tygodniowo. I pulsy z tinidazolu przez tydzień co dwa
tygodnie. Za
miesiąc przejdę na inny zestaw, bo słońce bardzo mnie poparzyło. Przede
mną jeszcze długie leczenie. Objawy nadal są: zmęczenie, bóle głowy,
ciśnienie w głowie, niemożność skupienia się, brak pamięci,
problemy ze znalezieniem słów, z wysławianiem się, brak
inicjatywy... Do tego dochodzą rożne bóle wędrujące, problemy z
uszami ( głuchnę okresami), z oczami... i mnóstwo innych. Ciężko zebrać
wszystkie problemy... Choroba nie popuszcza... Od roku, ani razu nie poczułam
się tak "jak przed choroba". Ale wiem i wierze w to, że
pokonam boreliozę. Ciąg
dalszy nastąpi.....
|
|||||
|
|